Jak wiecie, albo nie wiecie, mam w domu dwie świnki morskie, Dzikusa oraz Olka.
Historia ich pojawienia się u mnie jest w sumie krótka.
Poprzednia świnka, Chrumcia, zdechła. Miesiąc po tym w domu pojawił się strachliwy Dzikus.
Po przeprowadzce z bloku do domu znalazł się kąt dla Olka, ślepej na jedno oko świnki odratowanej.
Olek ogółem był świnką z tzw. pseudohodowli (hodowli, w której stawia się na ilość, nie jakość plus istnieją opłakane warunki trzymania zwierząt). Miał trafić do klatki węża jako przekąska, ale udało mu się przed tym zwiać. Później trafił do nas.
I, szczerze przyznam, oba świniaki zaniedbywałam.
U Dzikusa, jak wcześniej u Chrumci wzięłam za pewnik, że jest oswojony z ludzkim zapachem, zachowaniem. I to był błąd.
Po przeprowadzce było jeszcze gorzej. Mój kontakt z nimi ograniczył się głównie do karmienia i wymieniania. Z oboma.
Dopiero w tym roku, jakoś w czerwcu wzięłam się za ten problem.
Dzikus był oswajany, przekonywany, że człowiek to coś więcej niż jedzenie.
Olek był zupełnie resocjalizowany. Przekonywany, że człowiek to coś innego niż tylko obiekt krzywd.
Zaczęłam od siadania niedaleko nich i przemawiania łagodnym głosem. Mówiłam cokolwiek. To trwało kilka tygodni, ale udało mi się sprawić, że świniaki bywały rozluźnione w mojej obecności, normalnie chodziły, pochrząkiwały, i tak dalej. Na początku oba siedziały spanikowane. To Dzikus pierwszy zaczął się normalnie zachowywać.
Nie przerywałam tych monologów, raczej zmniejszyłam ich ilość z czasem. Ale w zamian dodałam konkretny odgłos zwiastujący jedzenie (u mnie jest to takie jakby cmokanie, trudno mi to opisać, w każdym bądź razie jest to niezmienny odgłos).
Wiadomo, początkowo świniaki zestresowane, bo jak to tak ktoś się zbliża do klatki! Ale później zaczęło się to zmieniać na lepsze. Słyszały ten odgłos, który oznaczał tylko jedzenie, żadnych dłoni, więc z czasem zaczęły się ekscytować, jak go słyszały.
Wtedy właśnie doszło łagodne rozmawianie podczas podawania jedzenia i nazywanie świnek po imieniu, by zaczęły reagować.
I to po jakimś czasie przeszło.
Później, jak już moje dwa pieszczochy się do tego przyzwyczaiły, nadszedł czas na podawanie jedzenia prosto z ręki. Początkowo jak nie brał któryś, zostawiałam smakowity kąsek przy otworze. Po tygodniu zaczęłam zabierać te nie wzięte ze sobą.
I to zaczęło działać po jakimś czasie.
Próbowałam też przyzwyczaić oba do dotyku. I tu, o dziwo, Olek przełamał się pierwszy.
Pewnej nocy, gdy wieszałam pranie w przedsionku, gdzie świniaki też są, w przypływie miłości podeszłam do Olka, wsadziłam palec między kratki i zaczęłam go drapać po nosku. Przymrużył oczy na znak, że mu się podoba. Gdy palec pojechał między uszka i tam zaczął drapać, świniak aż podniósł tylną łapkę, żeby się podrapać. To było takie urocze!
Tak samo robi do dziś.
Dzikus po nieco dłuższym czasie też zaczął doceniać drapanie za uchem. Kocha za to się przytulać na rękach.
Dziś czekał mnie kolejny mały sukces z tymi dwoma szkodnikami: wróciwszy do domu po weekendzie poza nim, gdy tylko świniaki usłyszały mój głos, zamiast struchleć w kącie jak to mają w zwyczaju początkowo, od razu podeszły ciekawskie do kraty i zaczęły popiskiwać. Ucichły wyraźnie zadowolone dopiero po wymizianiu ich.
Tak, do pełnego oswojenia obojga jeszcze dużo brakuje, ale warto, po dzisiejszym powitaniu.
Historia ich pojawienia się u mnie jest w sumie krótka.
Poprzednia świnka, Chrumcia, zdechła. Miesiąc po tym w domu pojawił się strachliwy Dzikus.
Po przeprowadzce z bloku do domu znalazł się kąt dla Olka, ślepej na jedno oko świnki odratowanej.
Olek ogółem był świnką z tzw. pseudohodowli (hodowli, w której stawia się na ilość, nie jakość plus istnieją opłakane warunki trzymania zwierząt). Miał trafić do klatki węża jako przekąska, ale udało mu się przed tym zwiać. Później trafił do nas.
I, szczerze przyznam, oba świniaki zaniedbywałam.
U Dzikusa, jak wcześniej u Chrumci wzięłam za pewnik, że jest oswojony z ludzkim zapachem, zachowaniem. I to był błąd.
Po przeprowadzce było jeszcze gorzej. Mój kontakt z nimi ograniczył się głównie do karmienia i wymieniania. Z oboma.
Dopiero w tym roku, jakoś w czerwcu wzięłam się za ten problem.
Dzikus był oswajany, przekonywany, że człowiek to coś więcej niż jedzenie.
Olek był zupełnie resocjalizowany. Przekonywany, że człowiek to coś innego niż tylko obiekt krzywd.
Zaczęłam od siadania niedaleko nich i przemawiania łagodnym głosem. Mówiłam cokolwiek. To trwało kilka tygodni, ale udało mi się sprawić, że świniaki bywały rozluźnione w mojej obecności, normalnie chodziły, pochrząkiwały, i tak dalej. Na początku oba siedziały spanikowane. To Dzikus pierwszy zaczął się normalnie zachowywać.
Nie przerywałam tych monologów, raczej zmniejszyłam ich ilość z czasem. Ale w zamian dodałam konkretny odgłos zwiastujący jedzenie (u mnie jest to takie jakby cmokanie, trudno mi to opisać, w każdym bądź razie jest to niezmienny odgłos).
Wiadomo, początkowo świniaki zestresowane, bo jak to tak ktoś się zbliża do klatki! Ale później zaczęło się to zmieniać na lepsze. Słyszały ten odgłos, który oznaczał tylko jedzenie, żadnych dłoni, więc z czasem zaczęły się ekscytować, jak go słyszały.
Wtedy właśnie doszło łagodne rozmawianie podczas podawania jedzenia i nazywanie świnek po imieniu, by zaczęły reagować.
I to po jakimś czasie przeszło.
Później, jak już moje dwa pieszczochy się do tego przyzwyczaiły, nadszedł czas na podawanie jedzenia prosto z ręki. Początkowo jak nie brał któryś, zostawiałam smakowity kąsek przy otworze. Po tygodniu zaczęłam zabierać te nie wzięte ze sobą.
I to zaczęło działać po jakimś czasie.
Próbowałam też przyzwyczaić oba do dotyku. I tu, o dziwo, Olek przełamał się pierwszy.
Pewnej nocy, gdy wieszałam pranie w przedsionku, gdzie świniaki też są, w przypływie miłości podeszłam do Olka, wsadziłam palec między kratki i zaczęłam go drapać po nosku. Przymrużył oczy na znak, że mu się podoba. Gdy palec pojechał między uszka i tam zaczął drapać, świniak aż podniósł tylną łapkę, żeby się podrapać. To było takie urocze!
Tak samo robi do dziś.
Dzikus po nieco dłuższym czasie też zaczął doceniać drapanie za uchem. Kocha za to się przytulać na rękach.
Dziś czekał mnie kolejny mały sukces z tymi dwoma szkodnikami: wróciwszy do domu po weekendzie poza nim, gdy tylko świniaki usłyszały mój głos, zamiast struchleć w kącie jak to mają w zwyczaju początkowo, od razu podeszły ciekawskie do kraty i zaczęły popiskiwać. Ucichły wyraźnie zadowolone dopiero po wymizianiu ich.
Tak, do pełnego oswojenia obojga jeszcze dużo brakuje, ale warto, po dzisiejszym powitaniu.
Żegnajcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz