piątek, 29 lipca 2016

Ucz się, ucz bo nauka to potęgi klucz...

Taak, mamy jeszcze miesiąc wakacji, ale dziś będzie post o szkole

Szczerze mówiąc ja od najmłodszych lat już zaczęłam doceniać naukę. W podstawówce zawsze średnia powyżej 5. Było dla mnie nie do pomyślenia, że nie odrobię zadania, nie nauczę się na lekcję, nie wezmę przyborów dodatkowych. 
Pamiętam, jak nie było mnie na kilku lekcjach z matematyki i później miałam problemy z opanowaniem materiału. Pierwszy raz dostałam 3 ze sprawdzianu, które później w panice i dokładnym, samotnym przerobieniu poprawiłam na 5. 
Mnie się udało zrozumieć matematykę. 

W gimnazjum w pierwszych dwóch latach opuściłam się w nauce. Nauka dzień przed kartkówką, dwa przed sprawdzianem. Więc pierwszą i drugą klasę skończyłam ze średnią ponad 4 (4,19 i 4,36). W trzeciej klasie wzięłam się za siebie i skończyłam gimnazjum ze średnią 4,94. 

Na szkołę, w której kontynuuję naukę, wybrałam liceum ogólnokształcące i profil biologiczno-chemiczny. Tutaj też udało mi się ukończyć wszystkie trzy klasy ze świadectwem z paskiem (moje średnie to 4,76, 4,79 oraz 4,89). 

Naturalnie po liceum pisałam maturę, w tym roku. Zdawałam to, co obowiązkowe, czyli polski ustnie i pisemnie, angielski ustnie i pisemnie oraz matematykę pisemnie, wszystkie podstawowo (ustne są bez określania poziomu). Do tego rozszerzoną biologię i chemię. 
Nie poszło źle. 
Z polskiego miałam 70% z pisemnego i 88% z ustnego, Na ustnym trafił mi się temat "Uczucia ludzi na emigracji" i do tego tekst Mickiewicza "Pielgrzym", także źle nie było. 
Z angielskiego znów miałam 90% z pisemnego i 77% z ustnego. Nigdy nie potrafiłam na ustnym ostatniego zadania w całości wykonać, do tego trafiła mi się niezbyt ciekawa historia ("Opowiedz o sytuacji, w której Ty albo ktoś, kogo znasz, wędrował z powodu braku pieniędzy"). Cóż, zdarza się. 
Matematykę udało mi się zdać na 98%. Dzień wcześniej uczyłam się wzoru na błąd względny i bezwzględny, a było z tym zadanie. Hah, wygryw. 
Rozszerzenia poszły gorzej. 55% z biologii, 45% z chemii. Przez to, że zbyt mało się do nich uczyłam, olałam sprawę tak trochę. 
Dlatego niestety nie dostałam się na studia farmaceutyczne. 

Może jeszcze wspomnę o wsparciu ze strony rodziny i innych dorosłych. 
W gimnazjum mi mówiono, że obojętnie, czy się będę uczyła, czy nie, i tak wyląduję w jakimś dużym zakładzie z wykształceniem podstawowym, jak cała moja rodzina (z ich strony padały te słowa). Nauczyciele mieli to gdzieś, wyjątkiem była mama mojej przyjaciółki - chemiczka, która mnie wspierała. 
Właśnie w trzeciej gimnazjum podjęłam decyzję o zostaniu w przyszłości farmaceutą. 

Jakiż był szok, gdy dostałam się tam, gdzie chciałam. Liceum jedno z najlepszych w rejonie, zawsze średnie z matury powyżej średnich wojewódzkich. 
Trzy ciężkie lata minęły, dalsza rodzina dalej mnie nie wspierała. Powtarzali, że po szkole nie będę miała nic, że nic z niej nie wyniosę, że nie zdam matury. 
Jak widzicie wyżej, udało mi się zdać i to nie najgorzej. 

Ale wiecie, jaka była satysfakcja, jak się dowiedzieli, że mi się nie udało dostać na studia? 
Ale się nie poddałam. Dzięki wsparciu rodziny i przyjaciółki znalazłam szkołę policealną kształcącą w zawodzie technik farmaceuta. I zapisałam się do niej. 
Za dwa lata będę mogła pracować w aptece, a wtedy rodzince zrzednie mina. 
Dodatkową zaletą dla mnie jest to, że w moim województwie technik farmaceutyczny znajdzie pracę szybciej, niż magister. Największe zaludnienie na metr kwadratowy robi swoje. 

Jednak kolejnym ciosem dla mnie była reakcja ojca. Szkoła jest płatna, samej mamie będzie ciężko mi pomóc płacić (rodzice po rozwodzie). Rozmawiała więc z ojcem na temat zapłaty - że albo będą płacić co miesiąc po połowie, albo ona sfinansuje jeden rok, a on drugi. 
Jego odpowiedź? 
Mam płacić sobie z jego alimentów, bo on mi taką kasę daje, pomijając fakt, że z tych pieniędzy dalej zbieram na prawo jazdy. I odkładam z nich dwa razy mniej niż bym płaciła za szkołę, a to i tak jest maksimum. 
A jeśli nie, to mam nie chodzić do szkoły. 
Cóż, będę jeszcze z nim osobiście rozmawiała, a jeśli powie mi to prosto w twarz, to i z mojej strony padnie kilka gorzkich słów. 

Jaki morał? 
Nie porzucajcie nauki, nawet gdy rodzina jest przeciw. Może to paradoksalne, ale dzięki ocenom możecie dostać się do wymarzonej szkoły, a później może i gdzieś dalej. Nie porzucajcie tego, nie psioczcie, bo cóż to za naród niewykształcony, nie znający swojej historii. 

A jak Wam idzie w szkole? Jaki macie do niej stosunek? Dajcie znać w komentarzach. 

Żegnajcie! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz