Zapraszam na drugą i ostatnią część tego jakże interesującego i długiego cyklu...
KOTY
Kotów po kolei nie będę wyszczególniać.
Jak byłam mała i mieszkałam jeszcze w domu, pamiętam taką buro-białą kotkę Kaśkę. A później czarną kotkę o imieniu Czarna. Miała ona raz miot z czwórką czarnych kociąt ♥
Później przez dom przewinęło się dość dużo kotów, jednak nie pamiętam wszystkich. Pamiętam rudzielca Rudusia, który był pupilem mojego dziadka, mieszkał w domu na pierwszym piętrze, a jedynym miejscem, jakie akceptował jako podwórko, był balkon.
Po nim był Czaruś, mój pupil. Inteligentny kociak, uwielbiał pieszczoty.
Raz utknął w największej dziurze na betonowym słupie (mam nadzieję, że kojarzycie takie słupy). Przyjechała straż miejsca, zrobiła zdjęcia i pojechała, a siedmioletniej płaczącej mnie pomógł w ściągnięciu kota sąsiad.
Niestety Czaruś zginął śmiercią tragiczną: otóż raz zajrzał do innego sąsiada i schylił się do oczka wodnego, żeby się napić. Sąsiad, myśląc, że ów kot poluje na ryby w tym oczku... Zaatakował go widłami. Dopiero po tym, jak kot wyzionął ducha, zauważył jego obróżkę i zorientował się, czyj to kot. Niestety.
Później było kilka kotów, których nie pamiętam. A potem zjawiła się Luka, czarno-biała kotka. Niezwykle łowna, reagowała na imię. Miała kilka miotów w swoim życiu, i, szczerze przyznam, oglądałam je za każdym razem od początku. Zwykle około 4-5 dnia Luka pozwalała mi ich dotknąć (wcześniej, gdy powoli zbliżałam rękę, miauaczała, później mruczała). To przy mnie maluchy stawiały pierwsze kroki, otwierały oczka, broiły. Pamiętam, że jedno z jej kociąt nazwałam Padma.
Zawsze kociaki znikały same z siebie po dorośnięciu.
Gdy tata załatwił sobie psa Bellę, Luka zniknęła.
Pozostałością po niej był jej syn z któregoś miotu, zielonooki Bazyl o sierści czarnej niczym noc. Wielki milusiński, jednak i jego historia wkrótce się skończyła.
Pewnej nocy wskoczył do samochodu spać. Rano tata pojechał do pracy, zauważając kota dopiero pod firmą. Nie mógł zostawić kota na 8 godzin w lecie w samochodzie, więc musiał go wypuścić. Niestety po wyjściu z pracy i później kota nie znalazł.
Jeszcze później, z ostatniego miotu Luki został kot o jej kolorystyce, Filip. On cały czas jest, ma się dobrze, i zajmuje się amorami z kotką sąsiadów.
W trakcie życia Luki w domu na kilka dni znalazła się Linda, kociak znaleziony pod krzakami. Była biała, miała kilka brązowych kropek. I dwie tylne nogi sparaliżowane. Niestety po kilku dniach znikła sama z siebie.
GRYZONIE
Będąc małą dziewczynką, zawsze chciałam mieć chomika. Tak więc w naszym domu, w latach 2002-2005 pojawiły się, po kolei, po sobie:
>Szarusia, szary chomik dżungarski
>Kubuś, czarny chomik dżungarski
>Tymuś, beżowy chomik syryjski, który zdechł przedwcześnie z powodu zapalenia torebek policzkowych.
Niestety z powodu krótkiej żywotności chomików, moja mama latem 2005 roku zdecydowała się kupić coś innego.
Tak w naszym domu pojawiła się Chrumcia.
Była gładkowłosą świnką morską, niezwykle przywiązaną do człowieka. Uwielbiała się przytulać i być na rękach. Większość dnia spędzała, biegając po pokoju. Na podwórku siedziała blisko człowieka, zajadając trawę, a gdy miała dość, podchodziła blisko nóg i wspinała się, popiskując.
Raz w życiu uciekła z miejsca wypasu, że tak to nazwę.
Ja jako mała dziewczynka wolałam biegać niż siedzieć w miejscu. Tak więc raz zostawiłam świnkę bez opieki i pobiegłam. Później, przerażona, szukałam jej pół godziny. Znalazłam ją pod pobliską choinką, nieco przerażoną.
Nie miała nic do chomików, była wielką przyjaciółką Sasi.
Odeszła w 2014 roku po ciężkiej chorobie, w wyniku której okropnie schudła. Ale do końca miała apetyt.
Jakoś po 3 latach od jej przybycia postanowiłam nabyć kolejnego chomika, Oliwera. Był rudym chomikiem syryjskim, jednym z moich najukochańszych. Nie gryzł, uwielbiał kontakt z człowiekiem, chodził ze mną na spacery na ramieniu, spał nawet czasem ze mną. Przeżył 1,5 roku.
Dużo później, w 2013 roku pojawiła się u mnie parka chomików dżungarskich: biała Mona i czarna Frania.
1 września 2013 roku czekało nas zaskoczenie, gdy w klatce znaleźliśmy 5 małych białych kuleczek! Dorosłe chomiki zostały odseparowane, a Monę przechrzciliśmy na Mańka.
Szara Frania Biały Maniek
Szczęśliwie cała piątka znalazła dobre domy.
Maniek przez to, że strasznie stukał, biegając w kołowrotku, na noc lądował w łazience. Raz brat nie domknął drzwiczek klatki i mój biały batman uciekł. Pamiętam nawet, że to było w poniedziałek.
Byłam przerażona. Dziadek mówił, że pewnie wszedł pod wannę i wpadł do otwartej rury, więc zapewne już po nim. Przepłakałam pół dnia. Później na dworze dzieci bawiły się petardami i po jednym wystrzale babcia przyszła do mnie z czymś w rękach i mówi "masz". Wyciągnęłam dłonie, a ona dała mi Mańka, brudnego, ale całego i zdrowego. Zawołałam "Ty głupku!" i znów się popłakałam.
Cała rodzinka już nie żyje. Ostatni został pożegnany Snowy, syn pary. Stało się to w czerwcu tego roku.
Przed tą dwójką miałam jeszcze tygodniowy epizod z 4 myszkami. Niestety wszystkie pozdychały, a jedyna, jaka dostała imię to Kika.
Po śmierci Chrumci, w tym samym roku, na początku września w domu pojawił się Dzikus, kolejna świnka morska, tym razem rozetka. On jest z kolei tchórzem, z imienia dzikim. Ale i tak jest kochany. ♥
Po przeprowadzce do domku zostało znalezione towarzystwo dla Dzikusa - Olek.
Olek jest świnką odratowaną. Został odebrany komuś, kto chciał nim nakarmić węża. Ślepy na jedno oko, mieszanka świnki gładkowłosej z długowłosą, czego dowodem są długie włoski na zadzie.
Charakter podobny do Dzikusa, jednak nie przepada za trzymaniem na rękach (co Dzikus uwielbia).
Na zdjęciu Dziskus (z tyłu), Olek (z przodu) i Misia (pies)
Nawiązując jeszcze do zdjęcia: świniaki wypasają się w cieplejsze dni na dworze. Jeden niestety nie ma wsporników w klatce. Pewnego dnia Misia, chcąc pobawić się ze świnką, wlazła jej do klatki i własnie w takiej sytuacji ją zastałam.
RYBY
O rybach tylko kilka słów.
Będąc małą dziewczynką, miałam bojownika czarno-fioletowego o imieniu Lily.
Dopiero po kilku latach dowiedziałam się, że był samcem... Ups.
Obecnie moja mama ma akwarium z rybami, a jedyna rybka nazwana przeze mnie to Stefan, młody gupik, jedyny co się sam z siebie uchował.
To tyle, dziękuję za przeczytanie.
Żegnajcie!






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz