piątek, 29 lipca 2016

Ucz się, ucz bo nauka to potęgi klucz...

Taak, mamy jeszcze miesiąc wakacji, ale dziś będzie post o szkole

Szczerze mówiąc ja od najmłodszych lat już zaczęłam doceniać naukę. W podstawówce zawsze średnia powyżej 5. Było dla mnie nie do pomyślenia, że nie odrobię zadania, nie nauczę się na lekcję, nie wezmę przyborów dodatkowych. 
Pamiętam, jak nie było mnie na kilku lekcjach z matematyki i później miałam problemy z opanowaniem materiału. Pierwszy raz dostałam 3 ze sprawdzianu, które później w panice i dokładnym, samotnym przerobieniu poprawiłam na 5. 
Mnie się udało zrozumieć matematykę. 

W gimnazjum w pierwszych dwóch latach opuściłam się w nauce. Nauka dzień przed kartkówką, dwa przed sprawdzianem. Więc pierwszą i drugą klasę skończyłam ze średnią ponad 4 (4,19 i 4,36). W trzeciej klasie wzięłam się za siebie i skończyłam gimnazjum ze średnią 4,94. 

Na szkołę, w której kontynuuję naukę, wybrałam liceum ogólnokształcące i profil biologiczno-chemiczny. Tutaj też udało mi się ukończyć wszystkie trzy klasy ze świadectwem z paskiem (moje średnie to 4,76, 4,79 oraz 4,89). 

Naturalnie po liceum pisałam maturę, w tym roku. Zdawałam to, co obowiązkowe, czyli polski ustnie i pisemnie, angielski ustnie i pisemnie oraz matematykę pisemnie, wszystkie podstawowo (ustne są bez określania poziomu). Do tego rozszerzoną biologię i chemię. 
Nie poszło źle. 
Z polskiego miałam 70% z pisemnego i 88% z ustnego, Na ustnym trafił mi się temat "Uczucia ludzi na emigracji" i do tego tekst Mickiewicza "Pielgrzym", także źle nie było. 
Z angielskiego znów miałam 90% z pisemnego i 77% z ustnego. Nigdy nie potrafiłam na ustnym ostatniego zadania w całości wykonać, do tego trafiła mi się niezbyt ciekawa historia ("Opowiedz o sytuacji, w której Ty albo ktoś, kogo znasz, wędrował z powodu braku pieniędzy"). Cóż, zdarza się. 
Matematykę udało mi się zdać na 98%. Dzień wcześniej uczyłam się wzoru na błąd względny i bezwzględny, a było z tym zadanie. Hah, wygryw. 
Rozszerzenia poszły gorzej. 55% z biologii, 45% z chemii. Przez to, że zbyt mało się do nich uczyłam, olałam sprawę tak trochę. 
Dlatego niestety nie dostałam się na studia farmaceutyczne. 

Może jeszcze wspomnę o wsparciu ze strony rodziny i innych dorosłych. 
W gimnazjum mi mówiono, że obojętnie, czy się będę uczyła, czy nie, i tak wyląduję w jakimś dużym zakładzie z wykształceniem podstawowym, jak cała moja rodzina (z ich strony padały te słowa). Nauczyciele mieli to gdzieś, wyjątkiem była mama mojej przyjaciółki - chemiczka, która mnie wspierała. 
Właśnie w trzeciej gimnazjum podjęłam decyzję o zostaniu w przyszłości farmaceutą. 

Jakiż był szok, gdy dostałam się tam, gdzie chciałam. Liceum jedno z najlepszych w rejonie, zawsze średnie z matury powyżej średnich wojewódzkich. 
Trzy ciężkie lata minęły, dalsza rodzina dalej mnie nie wspierała. Powtarzali, że po szkole nie będę miała nic, że nic z niej nie wyniosę, że nie zdam matury. 
Jak widzicie wyżej, udało mi się zdać i to nie najgorzej. 

Ale wiecie, jaka była satysfakcja, jak się dowiedzieli, że mi się nie udało dostać na studia? 
Ale się nie poddałam. Dzięki wsparciu rodziny i przyjaciółki znalazłam szkołę policealną kształcącą w zawodzie technik farmaceuta. I zapisałam się do niej. 
Za dwa lata będę mogła pracować w aptece, a wtedy rodzince zrzednie mina. 
Dodatkową zaletą dla mnie jest to, że w moim województwie technik farmaceutyczny znajdzie pracę szybciej, niż magister. Największe zaludnienie na metr kwadratowy robi swoje. 

Jednak kolejnym ciosem dla mnie była reakcja ojca. Szkoła jest płatna, samej mamie będzie ciężko mi pomóc płacić (rodzice po rozwodzie). Rozmawiała więc z ojcem na temat zapłaty - że albo będą płacić co miesiąc po połowie, albo ona sfinansuje jeden rok, a on drugi. 
Jego odpowiedź? 
Mam płacić sobie z jego alimentów, bo on mi taką kasę daje, pomijając fakt, że z tych pieniędzy dalej zbieram na prawo jazdy. I odkładam z nich dwa razy mniej niż bym płaciła za szkołę, a to i tak jest maksimum. 
A jeśli nie, to mam nie chodzić do szkoły. 
Cóż, będę jeszcze z nim osobiście rozmawiała, a jeśli powie mi to prosto w twarz, to i z mojej strony padnie kilka gorzkich słów. 

Jaki morał? 
Nie porzucajcie nauki, nawet gdy rodzina jest przeciw. Może to paradoksalne, ale dzięki ocenom możecie dostać się do wymarzonej szkoły, a później może i gdzieś dalej. Nie porzucajcie tego, nie psioczcie, bo cóż to za naród niewykształcony, nie znający swojej historii. 

A jak Wam idzie w szkole? Jaki macie do niej stosunek? Dajcie znać w komentarzach. 

Żegnajcie! 

sobota, 23 lipca 2016

Moje Podboje: Włochy

Dziś chciałam się z Wami podzielić wspomnieniami z Włoch, jak tytuł wskazuje.
Bardzo przepraszam za dzień opóźnienia, jednak nie miałam dostępu do internetu. 

W mojej szkole jest organizowana raz w roku wycieczka pięciodniowa, na którą mogą się zapisać osoby z wszystkich roczników. Określona ilość najszybszych ma okazję w marcu jechać w jakieś zagraniczne miejsce. W pierwszej klasie był to Londyn, w drugiej Paryż. Na obu nie byłam, ale postanowiłam zapisać się na trzecią tego typu wycieczkę: do Włoch. 

Wyjazd mieliśmy 19 marca około 14-15 spod szkoły. Ludzie przychodzili z walizkami, z poduszkami, żegnani przez rodziców i rodziny. Mnie samą pożegnała mama z psiakiem. 
Później pojechaliśmy. Przyjaciółka zaciągnęła mnie na tył autobusu, co było jedną z najlepszych decyzji. Niedługo po wyjeździe z  tyłu zawiązała się ekipa: dwie dziewczyny przed nami, my, za nami na 5-cio osobowej kanapie trzy osoby, i jeszcze czterech chłopaków z drugiej strony. Rozmowy skończyły się dopiero późną nocą, gdy wszyscy poszli spać. 
Szczerze mówiąc, pierwszy raz zasnęłam w jadącym pojeździe. Nigdy nie potrafiłam w takiej sytuacji spać. 

Jechaliśmy przez Czechy i Austrię (w tym przez Wiedeń), by o 6 rano znaleźć się we Włoszech. Mogliśmy pospać do 7, a później przystanęliśmy przy restauracji z darmowymi toaletami, by jako tako się ogarnąć. O godzinie 8 zaczynaliśmy zwiedzanie. 

Dzień pierwszy: Wenecja
Nasz pierwszy dzień obejmował przepłynięcie promem na tereny Wenecji i zwiedzanie jej. 

Pierwszym, co mnie zachwyciło, był kolor wody. Drugim, że po raz pierwszy byłam tak daleko od kraju. Wcześniej doświadczałam jednodniowych wycieczek do Czech i Słowacji, a jak byłam mała to też kilkudniowych do Niemiec. 

Najpierw zwiedzaliśmy plac św. Marka, gdzie w bazylice wzięliśmy udział we mszy świętej po włosku. Później widzieliśmy między innymi wieżę widokową i najdłużej działającą kawiarnię w Europie. 

Później razem z przewodniczką chodziliśmy ulicami Wenecji. Nie było tam żadnych samochodów, ale były gondole. Miałam ochotę przepłynąć się jedną, ale cena mnie odrzuciła. 40 Euro za osobę!

Około południa pożegnaliśmy się z tą piękną okolicą i pojechaliśmy do hotelu mieszczącego się w miejscowości Lido di Jesolo, gdzie byliśmy około 18. Wszyscy od razu poszli do pokoi, pod prysznice i coś zjeść. 

Dzień drugi: Lido di Jesolo
Drugi dzień był dniem bardzo leniwym. Rano poszliśmy do pobliskiego supermarketu, by porobić zakupy. Później mieliśmy pół dnia czasu wolnego.
Jako iż Lido do Jesolo leży nad morzem, to własnie na plaży wraz z przyjaciółką spędziłyśmy większość czasu. Najpierw zbierałyśmy muszelki, a później siadłyśmy na jednym z pomostów i wzięłyśmy się za jedzenie. 


Niedługo później mijała nas para, za którą dreptała śliczna akita. Zatrzymała się przy "naszym" pomoście, a jako, iż wtedy jadłam kabanosy, postanowiła się dołączyć. Nie reagując na wołanie właścicieli, podeszła i zaczęła mnie hipnotyzować wzrokiem. Dostała kawałek, ale ceną za niego było to oto selfie.

Wieczorem pojechaliśmy do kolejnego hotelu mieszczącego się w Sacrofano.

Dzień trzeci: Rzym
Trzeciego dnia nareszcie odwiedziliśmy Rzym! Widzieliśmy wiele rzeczy: Bazylikę św Jana, Święte Schody, wiele fontann, Wilczycę Kapitolińską i sam Kapitol, Forum Romanum, grób Juliusza Cezara oraz Koloseum. 

 


Dzień skończył się drugą nocą z hotelu, gdzie nasza ekipa autokarowa postanowiła zabalować i spróbować regionalnych alkoholi (spokojnie, większość była pełnoletnia). 
Przyłapała nas nauczycielka, jednak ostrzegła, że wyciągnie konsekwencje dopiero, gdy następnego dnia będziemy narzekać. 

Dzień czwarty: Watykan
Czwartego dnia zwiedzaliśmy Stolicę Apostolską. A właściwie wycieczka zaczęła się od wizyty na placu świętego Piotra, gdzie mieliśmy okazję z bliska zobaczyć gwardzistę szwajcarskiego, a później papieża we własnej osobie!

Następnie zwiedziliśmy cały plac i słynne Muzea Watykańskie, gdzie miałam okazję na żywo zobaczyć między innymi Kaplicę Sykstyńską. Zapiera dech w piersiach. 



Później spacerowaliśmy ulicami Watykanu i Rzymu, aby dotrzeć do Panteonu. 

Było wspaniale. 
Później wracaliśmy metrem do hotelu po walizki, by pojechać do następnej miejscowości - Chianciano.

Dzień piąty: Florencja
Ostatnim punktem naszej wycieczki było zwiedzanie Florencji. Tutaj było o wiele spokojniej niż we wcześniejszych miejscach, dużo mniej gonienia w różne strony, po prostu spokojny spacerek. 





Wieczorem wróciliśmy do autokaru i już ruszyliśmy w stronę Polski, by następnego dnia około godziny 12 znaleźć się na miejscu. 

Tym chciałam się dziś z Wami podzielić. 

Żegnajcie!

wtorek, 19 lipca 2016

Futrzaste szczęście #2

Zapraszam na drugą i ostatnią część tego jakże interesującego i długiego cyklu... 


KOTY


Kotów po kolei nie będę wyszczególniać. 

Jak byłam mała i mieszkałam jeszcze w domu, pamiętam taką buro-białą kotkę Kaśkę. A później czarną kotkę o imieniu Czarna. Miała ona raz miot z czwórką czarnych kociąt ♥
Później przez dom przewinęło się dość dużo kotów, jednak nie pamiętam wszystkich. Pamiętam rudzielca Rudusia, który był pupilem mojego dziadka, mieszkał w domu na pierwszym piętrze, a jedynym miejscem, jakie akceptował jako podwórko, był balkon. 
Po nim był Czaruś, mój pupil. Inteligentny kociak, uwielbiał pieszczoty. 
Raz utknął w największej dziurze na betonowym słupie (mam nadzieję, że kojarzycie takie słupy). Przyjechała straż miejsca, zrobiła zdjęcia i pojechała, a siedmioletniej płaczącej mnie pomógł w ściągnięciu kota sąsiad. 
Niestety Czaruś zginął śmiercią tragiczną: otóż raz zajrzał do innego sąsiada i schylił się do oczka wodnego, żeby się napić. Sąsiad, myśląc, że ów kot poluje na ryby w tym oczku... Zaatakował go widłami. Dopiero po tym, jak kot wyzionął ducha, zauważył jego obróżkę i zorientował się, czyj to kot. Niestety. 
Później było kilka kotów, których nie pamiętam. A potem zjawiła się Luka, czarno-biała kotka. Niezwykle łowna, reagowała na imię. Miała kilka miotów w swoim życiu, i, szczerze przyznam, oglądałam je za każdym razem od początku. Zwykle około 4-5 dnia Luka pozwalała mi ich dotknąć (wcześniej, gdy powoli zbliżałam rękę, miauaczała, później mruczała). To przy mnie maluchy stawiały pierwsze kroki, otwierały oczka, broiły. Pamiętam, że jedno z jej kociąt nazwałam Padma.  
Zawsze kociaki znikały same z siebie po dorośnięciu. 
Gdy tata załatwił sobie psa Bellę, Luka zniknęła. 
Pozostałością po niej był jej syn z któregoś miotu, zielonooki Bazyl o sierści czarnej niczym noc. Wielki milusiński, jednak i jego historia wkrótce się skończyła. 
Pewnej nocy wskoczył do samochodu spać. Rano tata pojechał do pracy, zauważając kota dopiero pod firmą. Nie mógł zostawić kota na 8 godzin w lecie w samochodzie, więc musiał go wypuścić. Niestety po wyjściu z pracy i później kota nie znalazł. 
Jeszcze później, z ostatniego miotu Luki został kot o jej kolorystyce, Filip. On cały czas jest, ma się dobrze, i zajmuje się amorami z kotką sąsiadów. 
W trakcie życia Luki w domu na kilka dni znalazła się Linda, kociak znaleziony pod krzakami. Była biała, miała kilka brązowych kropek. I dwie tylne nogi sparaliżowane. Niestety po kilku dniach znikła sama z siebie. 



GRYZONIE 


Będąc małą dziewczynką, zawsze chciałam mieć chomika. Tak więc w naszym domu, w latach 2002-2005 pojawiły się, po kolei, po sobie: 
>Szarusia, szary chomik dżungarski
>Kubuś, czarny chomik dżungarski
>Tymuś, beżowy chomik syryjski, który zdechł przedwcześnie z powodu zapalenia torebek policzkowych.
Niestety z powodu krótkiej żywotności chomików, moja mama latem 2005 roku zdecydowała się kupić coś innego. 
Tak w naszym domu pojawiła się Chrumcia
Była gładkowłosą świnką morską, niezwykle przywiązaną do człowieka. Uwielbiała się przytulać i być na rękach. Większość dnia spędzała, biegając po pokoju. Na podwórku siedziała blisko człowieka, zajadając trawę, a gdy miała dość, podchodziła blisko nóg i wspinała się, popiskując. 
Raz w życiu uciekła z miejsca wypasu, że tak to nazwę. 
Ja jako mała dziewczynka wolałam biegać niż siedzieć w miejscu. Tak więc raz zostawiłam świnkę bez opieki i pobiegłam. Później, przerażona, szukałam jej pół godziny. Znalazłam ją pod pobliską choinką, nieco przerażoną. 
Nie miała nic do chomików, była wielką przyjaciółką Sasi. 
Odeszła w 2014 roku po ciężkiej chorobie, w wyniku której okropnie schudła. Ale do końca miała apetyt.

   

Jakoś po 3 latach od jej przybycia postanowiłam nabyć kolejnego chomika, Oliwera. Był rudym chomikiem syryjskim, jednym z moich najukochańszych. Nie gryzł, uwielbiał kontakt z człowiekiem, chodził ze mną na spacery na ramieniu, spał nawet czasem ze mną. Przeżył 1,5 roku. 
Dużo później, w 2013 roku pojawiła się u mnie parka chomików dżungarskich: biała Mona i czarna Frania
1 września 2013 roku czekało nas zaskoczenie, gdy w klatce znaleźliśmy 5 małych białych kuleczek! Dorosłe chomiki zostały odseparowane, a Monę przechrzciliśmy na Mańka

Szara Frania                                                         Biały Maniek

Szczęśliwie cała piątka znalazła dobre domy. 
Maniek przez to, że strasznie stukał, biegając w kołowrotku, na noc lądował w łazience. Raz brat nie domknął drzwiczek klatki i mój biały batman uciekł. Pamiętam nawet, że to było w poniedziałek. 
Byłam przerażona. Dziadek mówił, że pewnie wszedł pod wannę i wpadł do otwartej rury, więc zapewne już po nim. Przepłakałam pół dnia. Później na dworze dzieci bawiły się petardami i po jednym wystrzale babcia przyszła do mnie z czymś w rękach i mówi "masz". Wyciągnęłam dłonie, a ona dała mi Mańka, brudnego, ale całego i zdrowego. Zawołałam "Ty głupku!" i znów się popłakałam. 
Cała rodzinka już nie żyje. Ostatni został pożegnany Snowy, syn pary. Stało się to w czerwcu tego roku. 
Przed tą dwójką miałam jeszcze tygodniowy epizod z 4 myszkami. Niestety wszystkie pozdychały, a jedyna, jaka dostała imię to Kika
Po śmierci Chrumci, w tym samym roku, na początku września w domu pojawił się Dzikus, kolejna świnka morska, tym razem rozetka. On jest z kolei tchórzem, z imienia dzikim. Ale i tak jest kochany. ♥
   

Po przeprowadzce do domku zostało znalezione towarzystwo dla Dzikusa - Olek
Olek jest świnką odratowaną. Został odebrany komuś, kto chciał nim nakarmić węża. Ślepy na jedno oko, mieszanka świnki gładkowłosej z długowłosą, czego dowodem są długie włoski na zadzie. 
Charakter podobny do Dzikusa, jednak nie przepada za trzymaniem na rękach (co Dzikus uwielbia). 
Na zdjęciu Dziskus (z tyłu), Olek (z przodu) i Misia (pies)

Nawiązując jeszcze do zdjęcia: świniaki wypasają się w cieplejsze dni na dworze. Jeden niestety nie ma wsporników w klatce. Pewnego dnia Misia, chcąc pobawić się ze świnką, wlazła jej do klatki i własnie w takiej sytuacji ją zastałam.


RYBY

O rybach tylko kilka słów.
Będąc małą dziewczynką, miałam bojownika czarno-fioletowego o imieniu Lily
Dopiero po kilku latach dowiedziałam się, że był samcem... Ups. 
Obecnie moja mama ma akwarium z rybami, a jedyna rybka nazwana przeze mnie to Stefan, młody gupik, jedyny co się sam z siebie uchował. 


To tyle, dziękuję za przeczytanie.
Żegnajcie!

piątek, 15 lipca 2016

Euro 2016

Jak zapewne większość wie, w minioną niedzielę skończyło się Euro we Francji. 

Ja, jako osoba zainteresowana poczynaniami kadry narodowej, śledziłam na bieżąco rozgrywki tam prowadzone. 

Uwaga, alert: zobaczysz tu bardzo subiektywne opinie.

Już podczas pierwszego meczu Polskiej Reprezentacji moją uwagę zwrócił nie kto inny jak Arkadiusz Milik. Tak, swoją bramką, przy której asystował mu Błaszczykowski. 
Wygooglałam go sobie. I co się okazało? Urodził się w tej samej miejscowości co ja, jest starszy ode mnie o trzy lata. Od razu zaczęłam go bardziej lubić. 
W kolejnym meczu (z Ukrainą) zaliczył piękną asystę przy golu Jakuba Błaszczykowskiego. 
Później niestety stracił to poczucie celności, przez co wylała się na niego fala hejtu w internecie. Na fan page Radia ESKA znalazłam wpis dotyczący tej sytuacji, który mnie nawet rozśmieszył.



Mimo wszystko wiem, że Milikowi było ciężko. Sama cierpię na podobny rodzaj "szczęścia". 
Nie wiem, czy można porównać grę w reprezentacji do gry w Monopoly, ale ja to zrobię. 
Grając pierwszy raz w Monopoly z rodziną, wygrałam. Od tamtego czasu (kilka lat) nie wygrałam gry ani razu. 

Przez owo Euro 2016 polubiłam też bardziej Roberta Lewandowskiego. Jakoś nigdy za nim nie przepadałam, ale widząc jego zaangażowanie w grę jakoś u mnie zapunktował. 

Jeszcze (dla mnie) trzema piłkarzami, których warto wymienić, są Michał Pazdan, odpowiedzialny za genialną obronę (zatrzymał dużo dobrych akcji, które zapewne skończyłyby się bramką), Jakub Błaszczykowski, zostawiający serce na boisku oraz Łukasz Fabiański, zastępczy bramkarz, który rzucał się do obrony piłki w dokładnie to miejsce, w które sekundę później kopał przeciwnik. 
Genialnie przewidywał ich ruchy. 

Przy okazji, gol z Portugalią padł tylko dlatego, że nasz reprezentant z numerem 15 stanął dokładnie między Renato Sanchezem a Łukaszem Fabiańskim i był bardziej zajęty ochroną swoich interesów niż bronieniem bramki. Przez niego nasz wspaniały bramkarz nie widział, jak Portugalczyk kopie piłkę i w efekcie zbyt późno zareagował. 

Zostając już przy Portugalii, można powiedzieć że, znienawidziłam Christiano Ronaldo. Dla mnie jest on zwykłym pozerem i materialistą. Zgoda, w piłkę potrafi grać, ale nic poza tym. 
Widziałam jego butę w meczu z Polakami. W szczególności zapamiętałam moment, kiedy to Ronaldo z piłką biegł do naszej bramki, ale Błaszczyowski zastąpił mu drogę. Ronaldo przytrzymał piłkę stojąc jedną nogą. W pewnym momencie podskoczył i odkopał ją drugą nogą, podając do tyłu. Po tym spojrzał na Kubę z miną godną małp, mówiącą "I co, nie zabrałeś, jestem lepszy!". Niczym dzieciak z przedszkola. 

Denerwuje mnie w nim też to, że zawsze płacze. W meczu finałowym uważam, że zszedł, ponieważ obawiał się porażki. Tego, że ludzie będą na niego winę zwalać, jeśli Portugalia przegra Euro. A że zszedł, to przecież nie mógł grać, miał kontuzję, nie jego wina. 
A czy zauważyliście, że po golu Portugalczyków Ronaldo nagle się ujawnił i chodził przy linii bocznej jak gdyby nigdy nic? Pomijając fakt że nie mógł tego robić, ale nikt mu uwagi nie zwrócił.
Więc utrzymuję moją opinię: żałosny pozer. 

Dalej nie mogę przeboleć, że to Portugalia wygrała Euro. Całym sercem byłam za Francją.

Cóż, więcej powiedzieć, nasza reprezentacja wykonała w tym Euro bardzo dobrą robotę. Oby tak dalej, panowie!! ♥

Żegnajcie!

piątek, 8 lipca 2016

Wspomnienia znikną, pamiętniki zostaną

Tak, dziś o pamiętnikach. 

Zapewne wielu z was miało kiedyś, w latach podstawówki bądź i nie, coś takiego jak pamiętnik, który dawało innym osobom do wpisania się, a później o nim zapominało. Ja sama tak miałam. 
Niedawno, z racji remontu, znalazłam kilka egzemplarzy moich pamiętników. W tym poście chciałam się z Wami podzielić treścią niektórych z nich. 

Pierwszy pamiętnik, jaki znalazłam, pochodzi z klasy I podstawówki (lata 2004/2005).
Już na pierwszej stronie znalazłam wpis wychowawczyni, od którego zakręciła mi się łezka w oku. 

"Jeśli nie możesz być szczytem, bądź górką, ale bądź!
Jeśli nie możesz być drzewem, bądź krzakiem, ale bądź! 
Jeśli nie możesz być szeroką drogą, bądź dróżką, ale bądź!"

Kolejny, wzruszający, pochodzi od mojego taty. 

"Mądrością walczy dziewczyna, 
dobrocią wszystko pokona. 
Szlachetność to jej zaleta, 
skromność to jej korona."

Znalazłam też wiersz Jana Twardowskiego "We dwoje". Napisał go chłopak, z którym nie rozmawiam od 9 lat. 

Kolejny piękny wpis pochodzi od katechetki. 

"Przychodzisz z niczym na ten świat
i nic nie bierzesz z sobą. 
Pozostaw jakiś piękny ślad, 
by można iść za Tobą.

Przy okazji, taki piękny kwiatek od kolegi też: 

" Na górze ruża, 
Na dole dołek, 
A my się lubimy
jak polek i lolek"

Tak, cudowna ortografia pierwszoklasisty :')


Kolejny pamiętnik pochodzi z okresu klasy III, a więc lata 2006/2007. 

Pierwszy wpis, na jaki się natknęłam, to wiersz innej katechetki. 

"Nigdy nie żałuj uśmiechu, 
uśmiech mową jest duszy.
Gdy słowa nie pomogą
uśmiech serce poruszy.

Kolejny wiersz pochodzi od starszej siostry chłopaka, z którym chodziłam do klasy. 

"Kiedy stoisz na przystanku
nigdy nie myśl o kochanku. 
Bo autobus ci odjedzie
a kochanek nie przyjedzie. 

Są trzy prawa o których pamiętaj!
Nigdy nie kochaj księdza, oficera, studenta!
Ksiądz się nie żeni, oficer porzuci,
a student zda egzamin i więcej nie wróci!"

Poza tymi wierszami kilka innych, w tym jeden od przyjaciółki, która się przeprowadziła i więcej nie odezwała...


Trzeci i ostatni pamiętnik pochodzi z klasy IV, czyli z czasu lat 2007/2008. 

Tutaj znalazłam wpis od anglisty. Czytając go, od razu pomyślałam o tym blogu. 

"Największą sztuką w życiu
jest śmiać się zawsze i wszędzie
Nie żałować tego, co było
Nie bać się tego, co będzie.

Kolejny, długi wiersz, był bez autora, ale śmiech u mnie wywołało jedno zdanie. 

"Bądź pomocna jak komputer
Szybka jak japoński skuter"

Następny wiersz jest autorstwa przyszywanej siostry. 

"Przyjaciółkę pozyskasz jednym tylko gestem.
Jeśli szukasz kogoś - oto jestem. 

W wielkich rzeczach nie z myśli
lecz z serca płynie rada. "

Kolejna złota myśl pochodzi od babci. 

"Z drogi obranej nigdy nie zbaczaj
zawsze milcz, kochaj, cierp i przebaczaj
a gdy Cię żałość do czynu wzbudzi
łzy miej dla Boga, uśmiech dla ludzi. "

Kolejny wiersz - od cioci. 

"Żyć - to nie znaczy zbierać laury
sięgać po oklaski
Żyć - to znaczy przetrwać wszystkie burze
dążyć gdzie świecą ideałów blaski."

I już ostatni wiersz, którym chcę się podzielić - znów od taty. Wraz z dedykacją.

"Bądź przyjaciółką wszystkich płaczących
Ocieraj łzy co gorzko im płyną
Uśmiech promienny miej zawsze na twarzy
A będziesz zawsze kochaną dziewczyną

Na pamiątkę i do zapamiętania dla kochanej córeczki - Tata


Dziękuję za prześledzenie ze mną owej historii. 
A może wy macie jakieś własne pamiętniki i piękne wiersze, albo może pamiętacie jakieś złote myśli z młodszych lat? Dajcie znać w komentarzach!

Żegnajcie!

wtorek, 5 lipca 2016

Futrzaste szczęście #1

Zapewne domyśliliście się po tytule, że post będzie dotyczył zwierząt. Dokładniej prześledzicie historię futerkowych kreatur w moim domu... 
Zapraszam! 


PSY

Zacznijmy od psów, ponieważ to z nimi zawsze byłam najbardziej związana. 

>Tara (1997-2004)
Tara była owczarkiem niemieckim (a raczej psem w typie), urodzonym kilka dni przede mną. Została mi dana na chrzciny jako prezent ♥ 
Mieszkała przy podwórku, w kojcu, u mojego ojca. 
Zmarła w tym samym roku, w którym pożegnałam dziadka i w którym zwiędło posadzone przeze mnie i ulubione moje drzewo, grusza.

>Kajtek (lata '90 - 2003)
Po przeprowadzce z mamą do dziadków zamieszkałam z Kajtkiem, czarnym kundelkiem o wzroście nieco nad kolano. 
Że tak powiem, na spacery wyprowadzał się sam. Czasem nie było go po kilka dni, ale zawsze wracał. 
Pamiętam, że kochał jeść cukierki krówki i że po jego śmierci przez 12 lat nie tknęłam tych cukierków.
Sypiał też na oknie (dużo miejsca od wewnątrz plus podstawienie stołka żeby psiak miał jak wejść). 
Niestety został uśpiony, diagnoza: rak kości... 

>Sasi (2006-...)
Pewnego dnia z końcem września lub początkiem października mama mnie i mojego brata wzięła na przejażdżkę. Pojechaliśmy gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byliśmy, a na miejscu zastaliśmy suczkę  Baffi rasy Petit Basset Griffon Vendéen, a przy niej trzy małe kulki urodzone 4 września. Po zapoznaniu z nimi mama powiedziała do mnie, że mam sobie tego dnia którąś wybrać.
Dwie kulki, jedna brązowa w czarne prążki, jedna czarna z białym krawacikiem poszły spać. Trzecia, czarna z brązowymi łapkami, skora do zabawy skakała po nich. Wiedziona instynktem, wskazałam właśnie ją. Chwilę później kulka otrzymała swoje imię: Sasi.
31 października, mając 6 tygodni, Sasi trafiła do naszego domu.
Żyje do dziś i ma się dobrze. Jest dominatorką.
W młodości przyjaźniła się z pewnym nowofundlandem, ale wystraszyla się go po kilku tygodniach, gdy był od niej większy.
Raczej samotniczka, toleruje niewiele psów i ludzi, którzy ją zaczepiają. Tak, ona gryzie.
Wychowywała się, ucząc się od jamniczki Puni i małego mieszańca Perły. Miała do nich ogromy psi szacunek. Niestety żadna już nie drepta po tym świecie.
Mimo swego charakteru zaakceptowała Dejzi, sąsiadkę wyglądającą jak łysy pekińczyk, Roksi, pannicę wujka odratowaną ze schroniska oraz Miśkę, o której mowa później.
W pierwszych latach życia bała się dużych psów, które do niej podbiegały, teraz nie waha się ich zaatakować.
Pamiętam, kiedyś właściciel szedł właśnie z psem dużym. Miasteczko małe, tam gdzie byłam mało samochodów, psiak młody i spuszczony luzem podbiegł do Sasi. Ta stanęła twardo przede mną, uśmiechnęła się pięknie, warcząc przy okazji, a gdy psiak był zbyt blisko, rzuciła się na niego, by go odstraszyć. Psiak, piszcząc, z podkulonym ogonem wrócił do swego właściciela.
Inna sytuacja: Misia, Roksi i Sasi na spacerze przed blokiem. Dwie pierwsze na smyczy, Sasi luzem.
Nagle podbiega jakiś rudzielec bez właściciela, zjeżony i warczący. Ja z kuzynem nie zdążyliśmy zareagować, gdy czarnuszka podbiegła, stanęła między agresorem a przerażonymi suczkami i ugryzła rudzielca w grzbiet nieco nad ogonem, Podkulił ogon i zaczął zwiewać, a ona pogoniła go warknięciem. Moja bohaterka ♥
Jej wielką przyjaciółką była świnka morska, która już niestety też odeszła.

>Bruno (2008-2013)
Bruno był rasowym berneńskim psem pasterskim. Był odrzutem z hodowli z powodu niewybarwionego noska, dlatego nie dostał rodowodu (ale dlatego też mój tata otrzymał go za bezcen). 
Bruno pilnował domu. 
Niestety zdechł, nie wiem nawet dokładnie kiedy. Dlaczego? Z powodu podejścia mojego ojca do zwierząt pilnujących domu, dla których uznaje że nie warto z nimi jeździć do weterynarza. 

>Bella (2014-...)
Bella jest drugim psem pilnującym domu u taty. 
Wygląda jak wyszczuplony golden miniaturka. Wzrostem nieco ponad kolano. 
Będąc młodą, często uciekała. Raz wpadła więc pod samochód, czego efektem jest jej przetrącona miednica i krzywe łapki. Mimo to Bella żyje i funkcjonuje normalnie. 

>Miśka (2015-...)
Po przeprowadzce z mamą do domku załatwiłyśmy suczkę Misię, urodzoną 2 września. 
Dokładną jej historię kiedyś opowiem, obecnie wiąże się ona z czymś o czym wolę nie wspominać. 
Misia trafiła do nas pod koniec października jako kulka niewiele większa od świnki morskiej (pasowały nawet na nią jej szelki) ♥
Jednak wyrosła i obecnie jest 10-miesięczną pannicą nieco pod kolano. 
Jest inteligentna, ale robi, co chce. Sztuczki wykonuje tylko w domu. Większość dnia spędza na podwórku, dokuczając świnkom morskim. 
Na początku czerwca dostala swojej pierwszej cieczki. Niestety 2 tygodnie później została kryta przez psa, który bezczelnie wlazł nam na podwórko, wcześniej rozwalając płot. Misia była więc na zastrzykach wczesnoporonnych, a ja wiem, gdzie mieszka ów pies i zamierzam przemówić właścicielce do rozumu co do kawalera. 


To wszystko, czym chciałam się podzielić na dziś. Kolejny post o zwierzach niebawem!

Żegnajcie!

sobota, 2 lipca 2016

Trudne początki

Heh, nigdy nie potrafiłam niczego porządnie zacząć. 

W każdym bądź razie witam Ciebie, przybyszu, w moim własnym zakątku internetu. 

Słowem wstępu, nazywam się Kornelia.  Urodziłam się 16 grudnia 1997 roku w Tychach, w województwie śląskim, w którym mieszkam od tamtego czasu. Przyszłam na świat jako pierworodne dziecko rodziców. Mama, rodząc mnie, miała dokładnie 20 lat 15 dni. Ojciec trochę więcej, bo 27 lat 4 miesiące i 14 dni. 

Na tym blogu znajdziecie różne rzeczy, które zamarzy mi się napisać. Będzie i o moich problemach (o zgrozo), o moim prywatnym, często kontrowersyjnym zdaniu, o moim życiu, zachowaniu, charakterze, zwierzach, czy o pierdołach. 

Szczerze mówiąc, blog ma na celu po prostu wylanie przeze mnie tego, czego już nikt nie chce słuchać. Także będę tu cała ja, przygotujcie się! 

Pozdrawiam wszystkich, których przyniósł tu los, i zapraszam w niedalekiej przyszłości zajrzeć na następną notkę. 

Żegnajcie!